A nawet ostatni dzień lipca na dodatek. Bez zbędnego zanudzania (po części foto-) relacja. Pamiętniczku…
31.07. Wyjazd
A przed wyjazdem się pakowanie, walka ze świeżo zakupionym iPlusem Simdata (koniec końców: nie chciał wspólpracować. Nie to nie). To jedną ręką, a drugą na szybko ściąganie materiałów o Pieninach. W końcu wypadałoby wiedzieć najpierw gdzie się idzie. Nie muszę chyba pisać, że to wszystko w nocy? 1,5h spania wystarczy przecież każdemu.
Planowany wyjazd o 8. Wyjechaliśmy ok. 9:10. To naprawdę dobry wynik :) Myk myk przez Kraśnik, zostawiamy chomiki u ciotki (tu jeden z dwójki, Puszon) i ciśniemy dalej przez Annopol i Zawichost. Tutaj przesiadka, też chcę trochę poprowadzić. Sandomierz buduje sobie obwodnicę i jest koło 11, więc kawałek drogi w korku. Połaniec, bzium bzium i pierwszy pod-cel podróży – Pacanów.
Tak, ten gdzie kozy kują i gdzie pewien Koziołek zmierzał. Merczandajzing może nie na całego, ale przeoczyć nie sposób.
Kierujemy się w kierunku Tarnowa, za Szczucinem nie zdzierżyłem i uciąłem sobie drzemkę. Nie, tutaj już nie za kółkiem. ;-) Przejeżdżamy przez Dąbrowę Tarnowską, budzę się na chwile za Tarnowem, i kolejna pobudka już na dobre. Bo czemu by nie pooglądać widoczków na J. Rożnowskie, z krętej wstęgi drogi? Jezioro znika z oczu, wjeżdżamy do Nowego Sącza. W nim genialne oznakowanie i/lub faile żywego GPSa w postaci mnie, przez które mimo woli zwiedzamy kawałek miasta, w tym jakieś osiedle. Udaje się znaleźć wylotówkę na Stary Sącz, tam już bez problemu droga nr 969 do samego celu. Znowu siadłem sobie za kółko, klaustrofobiczny mostek przez Dunajec, popisałem się wyprzedzaniem na trzeciego :/, oglądam sobie mniejsze i większe kładki na wspomnianej rzece i osiągamy cel, czyli Krościenko nad Dunajcem.
Szybkie rozpakowanie, zapoznanie się z miejscówką. Warunki cud miód, prawie-świeżo postawiona chatka, podczas gdy dookoła pełno starych, i skrajnie wąskich, za to długich i sięgających chodnika. Wieczorny spacer coby się zapoznać z miasteczkiem i znaleźć start szlaku ;) Po drodze jest dość wąski most z 1934 roku, który w niedługim czasie będzie rozbudowany o drugie przęsło, i to w takim samym, przedwojennym stylu.
Widzimy miejscowego kota, jakiś taki ufny podejrzanie się wydawał, ale z powodu pory późnej na focie z bliska rozmazał się wielce. W drodze powrotnej usłyszałem “dzień dobry” od małej dziewczynki, która ledwo co zsiadła z rowerka. :) Tak to minął dzień pierwszy.
1.08. Trzy Korony
Pierwszym etapem było samo dojście do szlaku. Wspomniany wcześniej mostek, dość ruchliwa ulica Jagiellońska (trasa do Nowego Targu), w końcu odbicie w lewo i równocześnie pod górę, brukowaną uliczką Trzech Koron. Tu ma swój początek szlak żółty (i jednocześnie kontynuowany jest zielony). Mijamy domki i zaparkowane samochody (stromo, więc z kamieniami pod kołami) i docieramy na pierwszy punkt widokowy.
Pierwsza panorama Krościenka i ruszamy dalej, wchodząc w las i jednocześnie na kamienisty szlak. Krzyż po lewej, z dziękczynną sentencją, wyjście na polankę.

Znów panorama miasteczka i leżącego po drugiej stronie rzeki Beskidu Sądeckiego. Kawałek dalej kolejna polanka, łudząco podobna. Tutaj postój.
Blisko już do granicy Pienińskiego Parku Narodowego, gdzie jest wiata, kilka ławeczek oraz rozwidlenie szlaków żółtego (do Sromowiec Wyżnych i niebieskiego) i zielonego (na Sokolicę).
Po kolejnych kilkunastu minutach mijamy połączenie szlaków (z niebieskim) oraz siedzącą obok babcię sprzedającą wodę, maślankę i oscypki. Postój przy “ukorytkowanym” strumyczku, niebieskie oznaczenia nas opuszczają (odbijają w stronę Góry Zamkowej – tędy będziemy wracać), zostają tylko żółte, ale nie na długo.

Blisko jest już skrzyżowanie szlaków na Przełęczy Szopka (“Chwała Bogu”, 779m n.p.m. – tablica): dalej na południe żółtym – Sromowce Wyżne; w prawo niebieskim – zachodnia część Pienin i w końcu Czorsztyn; niebieskim w lewo – cel naszego podejścia.
Kilka kroków dalej można podziwiać piękny widoczek na południe. Po niecałej godzinie (tempo odbiegało od tego zaznaczonego na szlaku, ale takie uroki iścia z całą rodzinką ;) ) dochodzimy do miejsca przypominającego widownię w amfiteatrze – skierowaną w stronę kiosku vel punkt poboru opłat za wejście. Trzy Korony (982m n.p.m.). “Zamek Pieniny – 1/2 godziny, Przełęcz Szopka – 1/2 godziny”.
Powinno być jeszcze “Punkt widokowy Okrąglica – 20 minut czekania w kolejce”. Bo szlak do punktu widokowego był w postaci metalowej kładki o dość wątłej (~1,5m?) szerokości, za to “dwujezdniowej” ;)
Widok w stronę Sromowców i Dunajca niesamowity.



Po tej stronie wzniesienie jest nieporównywalnie bardziej strome. Z samej platformy widokowej na szczycie trudno zejść. Konkretniej: trudno się oderwać od patrzenia dookoła (w moim przypadku: przez obiektyw). Na południe wsie, rzeka, Słowacja. Wschód, zachód: granie, skalne ściany masywu. Na północ – niestety – powrót, drugą stroną kładki.
Idziem na Zamkową Górę. Pierwsza myśl to raczej “to ten zamek?”.
Niewiele z niego zostało, najpierw rzuca się w oczy ledwie resztka murów, potem zauważa się “większą resztkę”, ale niedostępną dla “zwykłych turystów”.
Tam się nie zapuszczaliśmy. Jest też grota z figurą św. Kingi, która to w XIII w. schroniła się w tymże zamku przed najazdem Tatarów.
Reszta wyprawy już pod znakiem schodzenia w dół, nic też ciekawego nie było.
2.08. Nicnierobienie
Niedziela przebiegła leniwie. Rano (takie “moje” rano) kościół (piękny kościół). Później czytanie, spanie, czytanie, nicnierobienie, takie tam. Dopiero wieczorem udało się zrobić coś konstruktywnego, tj. zaplanować resztę tygodnia. Niewiele z tych planów wyszło w związku z deszczem, ale to dopiero od wtorku.
3.08. Zalew Czorsztyński
…i przyległości. Z Krościenka do Czorsztyna wybraliśmy się już samochodem. Przed samym znakiem “zakaz ruchu” miejsca na parkingu brak, wjeżdżamy na płatny nieco wyżej. Mijamy stragany i wchodzimy na szlak (i to Szlak Gotycki) wiodący do Zamku Czorsztyn. Dokładniej: tego, co z niego zostało. To co się dało, zostało jako-tako udostępnione zwiedzającym.
Z niektórych okien rozpościera się widok na zalew, z innych na Pieniny Spiskie. Widać też drugi zamek, o którym dalej.
Tutaj następuje spacer na brzeg zalewu, po czym oczekiwanie i w końcu płynięcie gondolą pod plażę na niedzickim brzegu. Na plaży słońce praży i mnie przyprażyło nieco, aż się do przylepiłem do… trawy, bo na piasku tłum jak nad Bałtykiem. Po krótkim opalaniu – tak, właśnie tak, nawet ja czasem to robię, choć w większości przypadków… przypadkiem, tudzież przy okazji – wycieczki część dalsza.
Zamek Dunajec to zupełnie co innego. Jest zachowany w o niebo lepszym stanie, sporo pomieszczeń jest ładnie zagospodarowanych, część elewacji jest odnowiona. Co nie znaczy, że jest jakąś lepszą atrakcją: zwiedzić należy oba :) 




Jednym z ciekawszych imho ekspozycji jest pomieszczenie wypełnione rózniastymi trofeami myśliwskimi. Ryś wyglądał groźnie.
Podobnie sala tortur.
Obejrzeliśmy też wozownię z mobilami, którymi po okolicy wozili się mości panowie na przestrzeni dziejów.
Powrót do Czorsztyna również gondolą.
4.08. Sokolica
Drugi “górowy” objective wyjazdu. Szlak zielony do końca Krościenka, ciągnący się najpierw ulicą, potem raczej dróżką, wzdłuż Dunajca, aż w końcu odbija w prawo i górę. I to dość stromo. W porównaniu do soboty, bardziej męczące podejście. Na małej polance można się odwrócić i zobaczyć po pierwsze wzgórza Beskidu Sądeckiego, po drugie zabudowania Szczawnicy.
Ścieżka biegnie przez chwilę wzdłuż strumyczka, a następnie w lewo robi się całkiem stroma. Potem spokojniejszy kawałek. Mijamy coś w rodzaju fortyfikacji, raz dwa pięć i doczołgujemy się do ostatniego podejścia na szczyt. Po drodze znalazłem jeszcze ścieżkę na mniej oficjalny punkt widokowy. Ww. ostatni fragment ma już barierki, jest dużo bardziej kamienisty. Tutaj też mamy punkt opłatowy. “Sokolica – 747m n.p.m.”.
Punkt widokowy ma postać długiej skalnej ściany z barierką. Taka balustrada na balkonie, tylko troszki nierówna. ;) Południowa ściana Sokolicy pod nim jest niemal pionowa, a mimo to nawet na szczycie rośnie sosna, ta sławna z wiki co to jej każdy zdjęcie robi. Prawie 0,5km w dół płynie Dunajec, widać malutkie łódeczki, ciągnący się trakt rowerowy, lasy po Słowackiej stronie… Ciężko wzrok oderwać.
Schodząc odłączam się od reszty, postanowiłem jednak przejść przez pozostałe wzniesienia na niebieskim szlaku. Pierwszy: Czertezik (772m) z bardzo fajnym wejściem i znowu “balkonikiem”, potem 2m wyższy Czerteż i w końcu Burzana (724m). Niebieskim szlakiem do żółtego i “babci od oscypków”, potem chwila znanym już traktem i odbicie w prawo w nie-szlakową ścieżkę (najpierw ją przeoczyłem, trzeba się było wracać), czyli skrót do Krościenka. Niby cośtam wydeptane, na przełaj przez pola… Udało mi się tylko raz wpaść w błoto. Wyjście obok terenu szkoły i już ulicą do kwatery. Tyle na dzisiaj.
5.08. W górę strumienia
Pochmurny dzień nie zachęcał do niczego, szkoda by było jednak marnować go w całości. Po południu wybyłem dla odmiany na wschód, w stronę Beskidu. Popisując się znajomością posługiwania się mapą najpierw polazłem do ujęcia wody w ogóle mającego się do czerwonego szlaku (na którym myślałem że jestem) nijak. Minąłem je, idąc chwilę “pod prąd”. Konsultacja z mapą (z błędnie założoną pozycją). “Pod górę ledwie 20m, jakoś się przedrę”. Wspiąłem się przez jakieś krzuny i pachruścia moze z 10m i dałem sobie spokój. Wróciłem do cywilizacji, poszedłem jeszcze dalej od szlaku… W końcu pomyślałem, ustaliłem gdzie ja w ogóle jestem, spacerek ulicą, 10 minut, jest szlak. Idu idu, znowu strumyk, znowu żadnych oznaczeń. No nic, idę mimo to. Mimo, że w niektórych miejscach nie da się inaczej niż przez wodę (głębszą, płytszą…).
“Nie, rezygnuję, tam trzeba było pójść w lewo…”. Wpadłem w rzeczkę, szybkie suszenie, znowu trafiłem na czerwone oznaczenia.
Po drodze była polanka z masztem gsm:

Daleko nie zaszedłem, zaczynało się ściemniać, nie doszedłem nawet do granicy Parku Narodowego (no chyba ze nie była nijak zaznaczona…). Przy powrocie przydała się peleryna (“wygląda jak worek na śmieci”…), bo cośtam podeszczyło z chmur. Średnio udana wycieczka, ale lepsza taka niż żadna.
6.08. Coś jak niedziela…
Drugi dzień nicnierobienia w związku z pogodą. Ciężko tu coś sensownego naskrobać.
7.08. Szczawnica
O wiele bardziej “tourists-oriented” miasteczko. Zerowy punkt programu: znaleźć miejsce parkingowe… Pierwszy to wjazd kolejką linową na Palenicę. Przyjemne urządzenie.Na szczycie fotograf, “uśmiech proszę”, równolegle z nami bezprzewodowo lecą fotki, 8zł i już w fizycznej formie można włożyć do plecaka. Fajny bajer, tylko drogi…
Dalej zjazd wózkiem, trampolina, taka z linkami (jak to się zwie?), różne takie zabawowo-lunaparkowe wynalazki… Krótkie podejście i jesteśmy na Szafranówce niebieskim szlaku, wijącym się przez całe Pieniny.
Tutaj to jednocześnie granica ze Słowacją. Zejście, polanka, zejście, zbieg… Wiedziałem, że omijając drzewko z trawiastej strony to się źle skończy… Na szczęście tylko uwalonymi spodniami i butem. Dalej wcześniej wspomnianym traktem pieszo-rowerowym, mostek pod również wspomnianą kolejką.
Posiedzieliśmy też trochę w parku, w końcu Szczawnica to miejscowość uzdrowiskowa, może coś nam uleczy. Swoją drogą całkiem ładny był.
8.08 Powrót
Kuniec, szybkie pakowanie i jazda z powrotem.
PI*oko ta sama droga, z tą różnicą, że zobaczyliśmy Tarnów od środka, jadąc przez prawie-samo centrum, a dojechaliśmy do niego spokojniejszą, niż serpentynki nad jeziorem, drogą…
To by było na tyle. Jak widać, zdjęcia nie grzeszą jakością czy w ogóle perfekcjonizmem, bo i nie o to chodzi. Są raczej “relacyjne”. Panoramy też składane bez pikselowej dokładności ;) liczę jednak, że komuś się całość spodoba.


































































Fajna relacja:]
Dzięki :) mam nadzieję że częściej będzie okazja do produkowania takowych.
Super tekst, bardzo mi sie podoba, zrobilem bookmarka w swoim IE
nieruchomości bydgoszcz
Ciekawa strona. Można tu znaleźć sporo szczegółów, no i rozwiązanie graficzne dość interesujące. Pozdrawiam
Witam Jacku. Zdjęcia, które znalazłem na Twojej stronie, są niezwykłe. W sposób magiczny przedstawiają atrakcje turystyczne w Pieninach. Liczę, że będziesz częściej aktualizował swoją galerię.
Pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego w Nowym Roku.
Czasem tak się zdarza, że zdjęcia wyglądają lepiej niż rzeczywistość. w tym wypadku trudno ocenić. Pieniny są po prostu wspaniale w naturze i na fotografii.