Wygląda na to, że już luty, a tu żadnych podsumowań ani innych takich, nic. W sumie to nie dlatego, że jestem im przeciwny czy coś, tylko przez totalne zapchanie czasu przez wydział od samego początku roku.

O cóż więc chodzi. Nie o to, że zacząłem studia. O to, że przeniosłem się w tym celu do Wawy też nie. Chodzi o dość intensywne szwendanie się po koncertach w A.D. 2009. :)

No Mercy 3. grudnia 2009, rozstawianie sprzętu

Styczeń/luty

30. stycznia w Graffiti Londyn, Sickbag i B.E.T.H, z czego znałem tylko nasz soft-rockowy Londyn, ale coś mnie pchnęło, żeby tam pójść, i strzał był prosto w 10. Sickbag na początku spowodował lekkiego wtfa (przez sam wygląd), ale rozwiali wątpliwości co do wykonywanego przez nich gatunku jak tylko zaczęli grać. Od razu widać było, że na scenie czują się jak w domu. Jakoś tak Limp-Bizkitowo się zrobiło. Ale najlepsze dopiero na koniec. Emocjami prosto od B.E.T.H żyłem jeszcze dłuugo po koncercie. Technicznie na 5, mnóstwo pozytywnej energii (a raegge to bynajmniej nie jest), ta muzyka chwyta za serce… Szkoda, że zawiesili działalność. :(

15. lutego w miejscu tym samym Artrosis, supportowany przez Qube. Poszedłem oczywiście dla Gajosa i spółki :) Bo ilekroć słucham ich live, zawsze roznoszą pod każdym względem. Główna gwiazda… tak sobie. Podchodziłem jak do siostry Closterkellera, ale jakoś mniej wyrazu w tym.

Start w Wawie

Po przeprowadzce, na pierwszy ogień poszedł… Myslovitz. Przyjemnie się słuchało, nie powiem. Artur dorzucił trochę rock’n'rollowej improwizacji, było dobrze. Może poza supportem, nie bardzo nawet pamiętam co grali.

Parę dni wcześniej opuściłem jeden koncert. W Stodole grała Coma, ale nie o nią chodzi, a o Qube, a przede wszystkim Black River. Żałuję do dzisiaj.

5. marca moje drugie wielkie polskie odkrycie – AmetriA supportuje TSA w warszawskim Klubie Park. Za naszym starszym rockiem jakoś nie przepadam i występ TSA mi się nieco dłużył, ale od tamtej pory pobliskie koncerty Ametrii rzadko opuszczam. :)

Bo już 3 dni później, supportowani przez Coffins, zasuwali w lubelskim Graffiti. Frekwencja dążąca do zera, ekipy dwóch zespołów stanowiły chyba większość publiczności, sala pusta… A cytując Arka, “koncert jak dla 20-tysięcznej publiki”, i tak właśnie było. 5. kwietnia publiczność w Remoncie bardziej dopisała (AmetriA, Venflon i NOKO).

Coś większego

Nie powiem, gdy kupowałem bilet, znałem w zasadzie jeden album. A ten koncert nieco obrócił mój “gust” muzyczny. 6. kwietnia, w klubie, gdzie ponoć prąd donoszą w wiaderkach, w sławnej Progresji, supportowani przez Carnal, wystąpił szwedzki In Flames. I ja tam byłem. :) Oszczędzę nieco klawiaturę, już wspominałem o tym koncercie. :) Ale dalej nie znajduję słów, żeby w pełni oddać tamtą atmosferę…

W kolejny weekend nieco dalsza wycieczka, bo do Wrocławia. Na coś z nieco innej beczki. Na Asymmetry Festival zagościli chłopaki z 65daysofstatic i… just wow. Pierwszy raz byłem na post-rockowym koncercie, i wtedy jeszcze nie wiedziałem, że taka ilość energii może spłynąć ze sceny. No i te “kokpity myśliwców”, jak to nazywam te ich wielkie zestawy efektów gitarowych. :)

Z perspektywy czasu trochę szkoda, że z dwóch weekendów Assymetry byłem tylko na jednym dniu, bo ponoć reszta wykonawców prezentowała się na podobnym poziomie… Z drugiej strony, trzeba było o świcie wracać do stolicy, bo (znowu zmiana klimatu)…

19. kwietnia w Stodole (mrok, grzmoty etc) The Darkest Tour zagościł. Na pierwszy ogień poszedł Dead Shape Figure. Jak na pierwszy support całkiem ok, robili co mogli żeby nieco rozruszać ludzi, wokalista skakał po odsłuchach, raz nawet wpadł do nas za barierki. Ale dopiero Turisas zrobił to porządnie. Folk metal, choć może mało pasujący do tego gigu, jednak działa cuda pod tym względem. O pani akordeonistce nie wspominając. ;-) No ale przyszła w końcu pora na coś, co nazywam dark metalem. Moonspell wpadł i mnie zmiótł, ja chcę jeszcze! Zagrali nawet “Lunę”, tłum całkiem nieźle nadrabiał brak żeńskiego wokalu (może puszczali go “z taśmy”, ale nie było go słychać :) ). Dużo porządnego pier*****ęcia ;-), jeżeli ktoś ich zna to wie o czym piszę… zdecydowanie moar. A clue wieczoru w postaci Kredek? Dokładnie tak, jak się spodziewałem. Nie do końca na poważne podejście do ich występu, sporo efektów (tak, był(a?) cat (wo?)man z tarczówką, sypiącą iskry na Daniego), wielki “ktoś” w pelerynie (chodzą słuchy, że kierował nim Fernando z Moonspella), mhroczne pogadanki niewysokiego (hihi ;-) ) wokalisty, porządna, bardzo dobrze zrealizowana akustycznie muzyka. Szkoda tylko, że tak krótko i bez bisów. Mówcie o nich co chcecie, poszedłbym jeszcze raz.

Juwenalia

Na pierwszy ogień poszedł komplet Dżem, Myslovitz i T.Love (reszty nie widziałem). Nie ma jak pogo przy Dżemie, i to w piachu Stadionu Syrenki. Myslovitz po lutowym koncercie już mnie raczej nie zaskoczył, natomiast na T.Love było strasznie… skocznie. :) Pozytywnie. I zielono, jak w Irlandii.

Potem miały być Elektryczne Gitary przy Placu Narutowicza, ale pewien głośny wypadek przerwał koncert… Cóż, może jeszcze będzie okazja posłuchać gdzieś pana Kubę-chirurga.

Następnie chiiloutowa część juwenaliów m.in. z EastWest Rockers i Vavamuffin, również na Stadionie Syrenki.

Zaraz akademikiem Ustronalia, a najlepsze na koniec. Ursynalia w świetnym składzie, z których dobrze wspominam At the Lake i Żywiołaka, Lao Che też okazało się całkiem ciekawe. Nie dane było mi jednak zobaczyć Sensithiefa (którzy wywołali niezłe wrażenie na którychś Staśkach). I o ile na Metal Hammerze 4 lata wcześniej na Huntera nie zwróciłem zbytniej uwagi (głównie pamiętam… chwilę ciszy po śmierci śp. Docenta), tak tym razem zabawa była świetna, a już w ogóle genialnie było ostatniego dnia na występie nikogo innego jak Jelonka. Był to pierwszy i bynajmniej nie ostatni jego koncert, na którym byłem, i za każdym razem jest tak samo: mooooc. :) A, no i oryginały z Dick4Dick, to też było dobre.

Sesyjnie

W okolicach sesji, w ramach odstresowania, po pierwsze lubelska Noc Kultury, ze względu głównie na Qube, aczkolwiek Bremenn w połączeniu z fireshow, dał fajny i – mimo deszczu – niezły w odbiorze show.

Panzer Fest w Progresji to najpierw kilka mało wyróżniających się (poza 12-centymetrowymi ćwiekami basisty chyba Neithal, choć już dobrze nie pamiętam) metalowych składów, ale dopiero Made of Hate jakoś mnie rozruszało :) Niedawno stwierdziłem, że to w zasadzie copypasta Bodomów, ale nic to. Na koniec wyszła Anja, w lateksowym przyodziewku, powiedziała że dziś próbuje być konkurencją dla artystek z festiwalu w Opolu (jeśli chodzi o długość, a raczej krótkość, spódniczki), a następnie razem z resztą składu pokazała, na co ich – muzycznie – stać. Łezka w oku, jak poszedł “Czas komety”… :)

W klubie Neo odbył się pożegnalny koncert B.E.T.H. Smutno, kawał dobrej, bardzo emocjonalnej i dobrej technicznie muzyki. A ten występ, kiedy już znałem wszystkie kawałki na wylot, działał szczególnie mocno… Cały czas liczę, że Świstak zbierze się do kupy i reaktywują skład, i nie tylko ja na to czekam.

Wakacje

Najpierw długo nic, a we wrześniu z grubej rury.

God is an Astronaut. Pierwszym supportem (który strasznie wpadł mi w ucho) byli warszawscy Tides From Nebula. Kosmiczna muzyka. Nie raz od tamtej pory widziałem ich na żywo. Caspian… tak średnio. Złapałem pałkę rzuconą przez garowego (choć tutaj taka uwaga, na koniec cały ich skład, plus TFN, okładali bębny :P ). A główny bohater spektaklu spisał się w sam raz… Drugi mój post-rockowy koncert, który tak zaskoczył energią (bo w końcu to dużo lżejsza jego odmiana niż 65dos).

12.09. Na wieść o tym dniu pierwsze co pomyślałem to “fake, no wai”. A jednak. Blind Guardian nie dość że pierwszy raz w Polsce, to jeszcze za free. Sama wycieczka do Płocka, bo tam też odbywał się tenże koncert, zasługuje na dłuższy opis, ale ograniczę się do słowa “metalobus” (z Lubartowa) :) Tam też pojawił się Hunter, jak również Acid Drinkers. Kwasożłopów nie znałem wcześniej i tutaj jakoś nie przypadli mi do gustu. Za to pierwszy raz miałem okazję popogować w piasku na plaży (gdzie była ustawiona scena). BG znałem tylko pobieżnie, ale poza brakiem “Time What is Time” – super. :)

Na koniec wakacji Nowa Ewangelia Tour, czyli… najpierw upragniony występ Black River. :D Było tak, jak miało być. Dużo kopa, dużo łubudubu, wielki Orion i latające dready Taffa nad pogującym tłumkiem. Moar. Po nich dwa black metalowe składy, Hermh (dopiero niedawno dowiedziałem się, że to niby symphonic – w Graffiti nie było tego w ogóle słychać) oraz Azarath. Postałem, popatrzyłem, nie moja bajka. I w końcu Dar Pomorza, który zgniótł już na początku występu, a potem na dokładkę przysmażył ogniem. W środku setu znalazło się “Decade of Therion”, bardziej znane niektórym jako Kaka Demona ;) które jeszcze miałem siłę śpiewać, potem już tylko stałem możliwie bez ruchu. Następnego dnia pierwszy raz po koncercie byłem tak nieżywy.

Drugi sem

Na początek jeszcze jedno spotkanie z Ametrią, w Lublinie Qube.

TFN w Progresji popisał się jak zwykle, fajnym odkryciem został też Obscure Sphinx, za to przez problemy na scenie bardzo słabo wypadła Archangelica. In the Twilight całkiem ok, chociaż moim zdaniem mocno popowy wokal psuł całość.

Kolejny raz z Jelonkiem, supportowanym przez Carnala i Soulburnersów. Dopiero tam zauważyłem, że Art z Black River też ma inny zespół (który zresztą tak sobie mi podszedł). Tym razem jakoś lepiej bawiłem się przy Carnalu (o którym w ogóle myślałem, że będzie clue wieczoru, tak to wyglądało na plakacie). Jelonek… wiadomo. :D

7. listopada, Hellwood Tour zawitał do Stodoły. Na wstępie, kompletnie z innej (względem reszty line upu) bajki Opaleni, wspomagani przez ww. skrzypaczka (grającego m.in. na takim wynalazku). Jako drudzy, Blindead, moje pierwsze zetknięcie z nimi. Po pozytywnych doświadczeniach z post rockiem byłem ciekaw jak wypadnie jego “metalowa wersja”, sludge (chyba mogę to tak porównać?). I cóż, specyficznie. Wśród całego tego tłumu, który przyszedł zobaczyć wiadomo kogo, też jakoś mało zrozumienia dla nich. Potem posłuchałem ich albumów i… ale to później. Ostatni support, Rootwater, też pierwszy raz na żywo i jednak nie tak osom, jak się spodziewałem. Ale chętnie zobaczę jeszcze raz, jak będzie okazja. No i… długa, długa przerwa techniczna. Kilka drzew (tak, drzew, niekompletnych wprawdzie) wprowadzonych na scenę, generalnie scenografia, bo… Hunter nagrywał DVD. Ma wyjść ok. połowy tego roku. Ciekaw bardzo jestem jak wypadło, can’t wait. Na wstępie przez tłum przeszło kilka postaci z pochodniami, pirotechnika była, była zabawa.

pg.lost w CBA, byłem raczej dla TFN, ale Lości też pokazali sporo klimatycznego materiału, o wiele spokojniejszego. Samo miejsce też dla mnie ciekawe. “Ten Basen Artystyczny to… na serio basen”.

Podróży po postrockowych krainach ciąg dalszy, tym razem w ciemno. Maybeshewill, wspierani przez And So I Watch You From Afar, obie kapele mocno energetyczne, mocno eksperymentujące i mocno bez wokalu. :] (no ok, support niby go używał, ale nie w sposób, do którego jesteśmy przyzwyczajeni). Maybeshewill używają za to dialogów z filmów jako wstawek, mi najbardziej w ucho wbija się Not for Want of Trying.

Weekendowy wypad do Lublina połączony z odwiedzeniem Stasia 2009. Nie pamiętam niczego ciekawego z całego wieczoru…

1. grudnia, tym razem większy koncert, konkretnie Faith Divides Us – Death Unites Us Tour. Carnala znałem już dobrze, Samaela za to w ogóle, a wypadł najlepiej z całej trójki. Bo Paradajsów całkiem lubię, ale ich zachowanie na scenie lekko odrzuca (podobno “tak już mają”). Przez to po wyjściu ze Stodoły miałem spory niedosyt. Ale Erased śpiewadarło się fajnie. :)

A na zakończenie tej przydługiej listy, dwa koncerty Blindead w ramach ich trasy po kraju. Pierwszy w No Mercy. Sands of Sedna jako pierwsi, ale jak dla mnie najlepszy support tego dnia. Może przez to, że to taki prawie TFN z wokalem, i jeden z gitarzystów ten sam. :] Na dwóch następnych się wynudziłem, ale potem występ gwiazdy mogę śmiało zaliczyć do najlepszych w moim życiu. Jak to już blipnąłem, koncert-delirium. Na drugim, w Graffiti, już nie było aż tak fajnie, ale to przez ludzi na widowni. No gdzież pogo do takiej muzyki… Jakkolwiek, nieudany nie był na pewno.

Bilety

Zabrakło

…chyba przede wszystkim Knock Out Festu. Bo… zapomniałem o nim. O.o (od tamtej pory wrzucam wszystko, co interesujące, do “Maybe” na lansfmie). Zabrakło Hunter Festa, ale w takim kształcie, jaki się zapowiadał, a nie takim, jaki ostatecznie przyjął. I w końcu zabrakło któregoś z n dużych festów odbywających się w okolicy. Może w końcu w tym roku… A, no i Woodstocku

W tym roku kilka perełek już się szykuje, jedna już nawet była, największa to – jak na razie – oczywiście Sonia (sesese), resztę chyba wiadomo gdzie szukać… ;)

PS: Początkowo miała to być zwykła seria notek, ale stwierdziłem, że byłby to overkill w stosunku do istniejących wpisów. Może w przyszłości przyjmie to formę kategorii w jakimś miniblogu. Zobaczy się.

Jedna odpowiedź na “2009 po mojemu – podsumowanie”

  1. Jawron napisał(a):

    Kuba Sienkiewicz to neurolog gwoli ścisłości.

    Że też ci się chciało tyle latać… :P

Zostaw komentarz

Linie i akapity są dzielone automatycznie, adres e-mail nie będzie wyświetlany, dostępne tagi HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong> .