Długa deszczowa podróż. Katowice. Spodek. Wejście nr 7. Pusto, w końcu nikła kolejka składająca się z dwóch ekip telewizyjnych, chyba kilku zagranicznych oraz gromadki ludzi, którym tak jak mi udało się wejściówkę gdzieś wygrać. 12:40, miłe panie przy stoliku zaczęły wydawać nam bilety. Kilka minut stoję pod, jak się później okazało, nieco pechowym wejściem do hali głównej (w innych bramach już wpuszczają, to czemu nie tu?
bo jeszcze nie mamy sygnału
). Ale po kolejnych kilku minutach staliśmy już pod sceną.
Votum
Metalowy maraton czas zacząć. Zaczęło się łagodnie, klimatycznie, i… jak ja ostatnio nie lubię tak spokojnego wokalu w cięższej muzyce. Dopiero ostatni ich kawałek powiedział „dziś będzie fajnie”. I potem już było coraz lepiej. :)
Setlista
Juroin
Pierwszym elementem zespołu, który pojawił się na scenie, był, zapamiętany chyba przez wszystkich obecnych, Simran, grający na tabli (żeby nie było, o ile znam niektóre etniczne perkusjonalia, to tego musiałem poszukać w sieci :) ). Tu znowu wokal niezbyt mi pasował, tym razem ze względu na język i akcent, to cała reszta bardzo fajnie. I to wcale nie jak Sepultura, jak strzelałem na początku. ;) Owa tabla bardzo fajnie zgrywała się z resztą.
Setlista
Katatonia
Ich występu się nieco obawiałem, z tego samego co ww. powodu. I niepotrzebnie, w końcu sam fakt usłyszenia w końcu na żywo całkiem znanych utworów działa bardzo energetycznie. Bez tej mocy, jaką zaprezentowały kolejne gwiazdy wieczoru, ale solidnie, melodyjnie i metalowo, jak na Szwedów przystało.
Setlista
Pain of Salvation
Może to głupio zabrzmi, ale jakoś tak mi przeleciał ich występ, że nie potrafię za wiele napisać. Za to zanim zaczęli grać, uwagę publiczności zwrócił Johan. Połączenie wyglądu Taffa z zachowaniem Jelonka. :) I to chyba on rzucił wiosłem do technicznego po występie, przez dobre 5m, szczęka mi opadła.
Setlista
W przerwach na scenie pojawiał się Makak z Antyradia, usiłując jakoś zapełnić czas. Poza rzucaniem bananami (O.o) i „wyganianiem” ludzi, żeby się napoili i posilili na zewnątrz (co było raczej skazane na porażkę), niespecjalnie mu to szło. Co zresztą sam nam powiedział, kiedy spotkaliśmy go później. In plus to tyle, że nie przynudzał reklamami sponsorów (dziwne swoja drogą), może poza własnym chlebodawcą.
To co lepiej zajmowało czas między zespołami, to oczywiście ludzie dookoła, ale może nie będę przytaczał, szczególnie że humor w większości sytuacyjny. Powiem tylko, że nie turlaliśmy się ze śmiechu, ale tylko dlatego, że nie było gdzie palca włożyć, o miejscu na turlanie nie mówiąc. :)
Riverside
Rozwlekle, klimatycznie, progresywnie i trochę metalowo. Nie ukrywam, musiałem się nieco rozbudzać, ale to przez ostre niedospanie. Dopiero na końcu jakoś mocniej kopnęli. Poza tym wpatrywałem się jak zaklęty w wydobywanie dźwięku z tego dziwnego ustrojstwa, którego używa Michał. Drewniane pudełko z metalowym prętem. To ustrojstwo – drewniana skrzynka z prętem – na którym grał Łapaj, to theremin :-)
– Nahallac Poza tym wrażenie takie, że posłuchać można, ale koncert tak sobie.
Setlista
Tu nastąpiła dłuższa przerwa, wypełniona rozmową o rzeczach co najmniej dziwnych oraz początkami skandowania… Opeth! Opeth!
Opeth
Aż się zaczęło. Wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie spodziewałem się, że aż tak.
Ktoś wspomniał wcześniej, że Mikael Åkerfeldt mógłby dołączyć do reaktywowanego Monthy’ego Pythona. Lepiej bym tego nie ujął. :) Dialog przed Bleak: And you will jump like crazy idiots?
*yeeeaaaa*
:D O świetnym łączeniu czystego wokalu i growla nie muszę wspominać.
Mnóstwo świetnych patentów w muzyce, „mantra” w ostatniej części Deliverance… Magia. Poza tym byłem całkiem zdziwiony, że znałem prawie wszystkie kawałki, ich fanem bym się nie nazwał. A przynajmniej nie przed tym występem. :)
Setlista
Druga dłuższa przerwa, w końcu trzeba co nieco rozpakować, m. in. gary Raya, z ulepionym ze statywów gustownym cage’m zwieńczonym chinką. Dywanik. Rządek piecyków. Soundcheck. Jak techniczny, za przeproszeniem, dupnął bass drumem, widać było w ludziach tylko „:o”. Potem znany w tej części metalowego światka bas Fieldy‘ego. Aż stało się ciemno…
KoЯn
I tu nastąpił występ nie biorący jeńców. W porównaniu do tego co na ich występie działo się przy barierkach, poprzednie godziny można było nazwać piknikiem z dziadkami. Na początek przyjemny zefirek w postaci „Right Now”. Taki zefirek zmiatający z powierzchni. :)
Druga fala, „Here to Stay”, które było takim zefirkiem MHF 2005. O ile 5 lat wcześniej Davisa widziałem wyraźnie może przez pół sekundy (pomiędzy opadnięciem kotary, a pierwszym skokiem tłumu), to tym razem widok z bliska miażdżył. Bez spódnicy, tym razem jak za starych dobrych czasów, dresik. Munky zaraz naprzeciwko nas. Moc się czuło… Spojrzenie w lewo. O, Fieldy. Osz… On ma dready. :O Ale niby od kiedy. :O Mówcie co chcecie, dla mnie ciekawy motyw. Ale lecimy dalej. „Did My Time” did’nęło moją obecność pod samą sceną, dłużej już nie mogłem. Przy „Oildale” bawiłem się już nieco dalej. Skok w tył, „Falling Away From Me”, i w przód, „Let the Guilt Go”.
Setlista, dramatycznie krótka jak na moje oczekiwania, ułożona była bardzo fajnie, bardzo „Remember Who You Are”, i bardzo doładowana różnymi wstawkami, w tym solo Luziera. Jego gra to jakiś kosmos, wije się, wstaje, rzuca pałkami co pół taktu (łapie większość ;D ). Gdzieś tam jest podobieństwo do stylu Silverii, ale nie o to przecież chodzi, żeby było. Bardzo, bardzo na plus. „Somebody Someone”, również z długą instrumentalną wstawką i zwyczajowym get your motherfuckin hands in the air!
. „Throw Me Away”, coraz lepiej… I kiedy już coraz mocniej zastanawiałem się, co będzie wisienką w torcie… „Helmet in the Bush”. Good ol’ times. „Freak on the Leash”. To nie dające się pomylić dłuuuugie intro na rid’e. „Siadać! Na dół!”. Cały Spodek usiadł. Cały w napięciu. Jeszcze chwila… Moment… ARE YOU READY?!
Pogrom dookoła. :) Z racji zmęczenia wcześniej raczej unikałem pogo, ale tutaj się zwyczajnie nie dało. Może na sektorach. ;)
Chwila przerwy na oddech, JD znika, żeby pojawić się z pewnym bardzo fajnym instrumentem. Przeszywający dźwięk dud i wyliczanka. :) „Shoots and Ladders”, jak to od paru lat bywa, w towarzystwie „One” Metallicy. I druga perełka, „Clown”, po czym na zakończenie taneczne „Got the Life”.
Liczyłem na pojawienie się Divine, ale niestety, to by było chyba za wiele od życia. :) Trzeba było się wybrać 3 lata temu. ;)
Setlista
Mały niesmak pozostawił praktycznie brak kontaktu z publiką, poza kilkoma słowami podziękowania. Cóż, bywa i tak.
Po chwili odpoczynku i nawodnieniu organizmu (tak, da się przeżyć bez kropli wody 10-godzinny koncert, potwierdzone jakby-klinicznie) ruszyliśmy na polowanko. Na Fieldy’ego trafiliśmy niemal od razu, i… spodziewałem się nieco cieplejszego spotkania. Bo to on z całej ekipy zawsze sprawiał na mnie wrażenie najbardziej sympatycznego. A tu albo zmęczenie koncertem, albo tyloma latami tras, ale ba zadowolonego z tłumku fanów bynajmniej nie wyglądał Ale whatever, fajnie w końcu go spotkać. :) Mocno liczyłem na spotkanie z JD, ale nie było nam dane, chyba tylko ekipa od Meet & Greet miała to szczęście. Davis szybko zmył się do busa, widzieliśmy go tylko przez małe okienko, a jeden z jego współpracowników powiedział, że rozmawia z żoną. Za to dużo czasu i uwagi mieli ci z nieco krótszym stażem w zespole. Z Rayem i Zac‘iem pogadaliśmy i pośmialiśmy się, fajne ziomki. :) Munky podobno już wcześniej się zmył, zmyliśmy się więc i my w drogę powrotną.
- Fotografie z występu KoЯna, Opeth, Riverside oraz Katatonii na Rock’em All Karoliny Rokity
- Galeria z występu zespołu KoЯn oraz Opeth i reszty na Fotografia-koncertowa.pl
- Kilka video KoЯna na Gig News
- co nieco o koncercie na kornzone.pl
- i na lans fm
Dwa pierwsze polecam szczególnie.




„Zaproszenie. Bilet bezpłatny.” Się powodzi, widzę. ;-P Fajna relacja. Zazdroszczę możliwości usłyszenia KoЯn na żywo. Co do tego, że za krótko i że bucowate gwiazdunie z nich wylazły, coś mi to przypomina. Już wiem! The Prodigy. Wpadli, po niecałej godzinie wypadli, zainkasowali kupę szmalu, brzmieli super, choć nie dali z siebie wszystkiego, energia była, interakcja słaba, ale tłum szalał. Niby wszystko w porzo, a jednak do dziś czuję lekki niesmak. Przez cały koncert miałam wrażenie, że zespół ma nas w dupie i w sumie chyba miał. Co nie znaczy, że żałuję, że poszłam. I jak znam życie pójścia na KoЯn też bym nie żałowała.
Bucowate gwiazdunie? Nie, nie chciałem żeby to zabrzmiało tak mocno. Po prostu wydaje mi się, że poprzednim razem było pod tym względem lepiej.
Nie żałuję żadnej sekundy z tego festu, to że wygrałem wejściówkę to bez różnicy, bilet miałem już długo wcześniej. :) I nie miało to wpływu na odczuwalną przeze mnie „fajność”. ;-)
Nie wiem jak na Prodigy, ale w kwestii „niesmaku” tego typu króluje u mnie póki co Paradise Lost. ;) A przynajmniej Nick. Na bis wrócił z widocznym *om nom nom mlask*. :D Poza tym nie odezwał się do nas chyba ani razu.
To ustrojstwo – drewniana skrzynka z prętem – na którym grał Łapaj, to theremin :-)
Dla mnie pierwsze trzy części – Votum, Jurojin i Katatonia – były słabe, szczególnie żałosne wrażenie sprawiał Jonas, który koszmarnie fałszował i męczył się ze swoją tuszą. Dalej było już świetnie – Pain of Salvation totalnie mnie zaskoczyło, wypadło fenomenalnie, Riverside bardzo dobrze, a na Opeth kilka razy umarłem, chociaż Windowpane potraktowali jak soundcheck, to potem brzmieniem, ciężarem i energią mnie zmiażdżyli. Fanem Korna nie jestem, ale grali nieźle, wprawdzie popisy perkusisty mnie nudziły, ale dostałem Let The Guilt Go, na które bardzo liczyłem, więc jestem kontent. Ogólnie festiwal bardzo na plus i nie żałuję ani złotówki [chociaż oburzające było to, że po jakimś czasie zabrakło wody i nie można było kupić nic innego poza Colą], nawet koszmarny powrót do domu pociągiem nie zepsuł mi bardzo dobrego wrażenia.
Dzięki :) Bo szczerze mówiąc nie bardzo nawet wiedziałem jak tego szukać.
„Festiwal bardzo na plus”, zgadzam się w 100%.
zazdrość wycieka mi wszystkimi porami. i w sumie tyle mam do powiedzenia w tej kwestii.