Cel: koncert Dark Tranquillity/Insomnium/Belligerence. Przebieg: poniżej.

Już nocny na Dworzec Centralny był wesoły. Krótka jazda, wspomagana śpiewem znanych polskich przebojów z „Zazdrością” Heya na czele, w wykonaniu zespołu Damski Autobusu Tył. Hej, gdzie mój pociąg do Katowic? Aha, to połowa tego do Zakopca, na tej tablicy jest. – Proszę pani, a często się zdarza, że ten pociąg z Gdyni ma opóźnienie? – Nie. Yhy, przyjazd 1:24. Przyjechał o 1:45, w połowie wypełniony kibicami Lechii, umilającymi dalszą podróż nie gorzej niż kapela z poprzedniego zdania. Druga połowa wypełniona prawie równie szczelnie, ale małym cudem miałem miejsce siedzące pośród spokojnych, tudzież śpiących ludzi. Pół śpiąc, pół słuchająć przyśpiewek z przedziałów za plecami, dowlokliśmy się do podcelu A. 45 minut na przesiadkę w Kato stopniało przez opóźnienie, ale to dobrze, mniej czekania w zimnie. Chociaż… w kibelku do Bohumina ogrzewanie na full dawało radę. Doczytałem kolejne opowiadanie z „Czerwonej gorączki”, ruszyliśmy prawie na pusto. I do samego końca moją część wagonu zajmowały tylko dwie niewiasty pod kocykiem i jakaś starsza para. Chałupki, sms, sms, stacja, kup pan przejściówkę, 2zł, dziękuję, most nad Odrą, koniec zasięgu. Vítána, Česká republika.

Ostatnie metry krzaków, jakichś garaży i podcel B osiągnięty. Zacząłem oswajać się z językiem, jednak nie padłem ze śmiechu – on tylko w piśmie wygląda zabawnie, nausznie: całkiem przyjemnie się słucha. Ale z zapowiedzi na peronie nie zrozumiałem za wiele. Dobrze… O, tablica odjazdów, mój rychlik jest, mam dwie godziny, dobrze. Trzeba było kupić bilety do Brna i nazad. Pierwsze starcie z tambylcami. – Good morning, do you speak engilsh? – E-e – Może po polsku? Kręcenie głową. So I wanted to blablabla – Podałem kartkę sprawionę specjalnie na taką ewentualność, Brno, tak, returning, tak. O, zniżka, fajnie. Thank you. Great success, umiem się dogadać, przeżyję. Niewyspania jeszcze nie czułem, więc nie zamulałem w poczekalni i poszedłem zobaczyć choć trochę to przygraniczne miasteczko. Miasteczko małe – skojarzyło mi się z Kraśnikiem, jest nawet nieco mniej ludne – ale przytulne i schludne. No, przynajmniej w okolicach dworca. Zrobiłem spacerem kółko po centrum, popatrzyłem po reklamach próbując zgadywać co niby znaczą, wróciłem na dworzec. Śniadanko. Drugie starcie, bo toaleta płatna. Rychlik stoi na nástupiště, nazwy się zgadzają. Tym razem padłem od razu, przespałem całą drogę, z błyskawiczną przerwą na kontrolę jízdenek. – Excuse me, is this Brno? – Ano – Thank you :). Podcel C, pt. Brno hlavní nádraží osiągnięty. Hm, przyjechałem chyba stamtąd… A hala tam? Nie, na mapie było jakoś inaczej, coś mnie tu nie pasuje… No nic, czasu dużo, mogę się pogubić. Tramwaje… Ósemka, hm… Fajnie, przez przejście w samym centrum przechodzi się na przypau… Ha, Masarykova, czyli to jednak tu. Z kartką z wypisanymi nazwami ulic (oraz strzałkami co kiedy, i na której są tory tramwajowe), choć nie musiałem z niej za dużo korzystać, ruszyłem przez miasto. Odnowione, jak się potem dowiedziałem, w ciągu ostatnich lat kamienice na starówce, w większości około 4 pięter, mogły się podobać. Náměstí Svobody, ładne miejsce. Spora część tego centrum to strefa dla pieszych, w środkiem jeździ tramwaj i służby miejskie. Zero parkingowego śmietnika. Mały parczek. Lidická. Minąć park. Pionýrská. Jeszcze chwila i… Jest! Klub Fléda. Wypytałem gdzie tu wejście, czy z plecakiem to mnie wpuszczą i o której. 13:40, nadal sporo czasu, wracam na starówkę, porobię foty. Przeszedłem się przez park, bardzo ładny, pofałdowany umiarkowanie, zasypany jesienią i nie zatłoczony, bo chłodno. Tą 0,7 to mi pewnie na wejściu z plecaka wyjmą, to może chociaż trochę się z niej napiję. 0,7 cisowianki, ma się rozumieć. Wyszedłszy z parku, i po minięciu drugiego, tego mniejszego, ujrzałem kadr. Aparat… ok, jest. No to cyk. Y… Brak karty pamięci. Le fu. Tak się kończy zrzucanie fot czytnikiem w lapku zaraz przed wyjazdem, zapomniałem jej wyjąć i wrzucić do małpki. No to zdjęć nie będzie… Wróciłem na Plac Wolności, poprzyglądałem się dziwnemu postmodernistycznemu… czemuś, w kształcie obło-kaktusowatym, że tak to ujmę, i to z jakimiś kręcącymi się segmentami. I czarne. Ta kolumna w innym rogu jest ciekawsza. Ciekawsza też od krótkiej pogawędki z miejscowym, proszącym o 20Kč. Albo chociaż dwie. Tak, umiał coś tam po angielsku. Paczta no… Porozmyślałem jeszcze, czy by nie kupić najmniejszej SD w miejscowym Metro, ale ani nie chciało mi się łazić, ani wydawać kasy. Toteż raz jeszcze pod Flédę.

Pokręciłem się, pooglądałem plakaty. Zauważyłem, że nie wszystkie parkujące tu samochody mają miejscowe blachy. Zaraz pod klubem, poza wielkim czerwonym tour-busem z przyczepką (DT czy nie DT? Oto jest pytanie…) stały KR i NS(cośtam, nie pamiętam). Tatko, nasi tu są! Nasi! I w końcu nie spotkałem nikogo z Polski, przynajmniej na samym koncercie. Kręcu kręcu… Ej. Znam te dready. Ej, to Martin! :O Martin zniknął w otchłani tourbusa. Dalsze kręcenie się pod klubem, potem w środku, potem znowu pod, zaowocowało przyglądnięciu się kapeli Belligerence (a przynajmniej coś mi wtedy mówiło, że ta ruda to wokalistka), glanom na Koturnie i paru innym związanym z nimi rzeczom. Ba, przewinął się sam Mikael! Ale przed koncertem to raczej kiepska opcja zatruwać im tyłki, więc tylko uśmiechałem się do siebie. Poza jednym momentem. Metal wisi na włosku, a tu taka scena: siedzę na stołku w klubie, czytam Pilipiuka, z naprzeciwka idzie ww. Martin niosąc ku wyjściu (a dalej do busa) 3 obiady na wynos (których Wielkie Siaty przyniosła wcześniej ekipa z klubu). Bezcenne. :D I na koniec, przed samym wejściem, przewijała się już prawie ekipa DT (finów nie widziałem nigdzie), spytałem tylko Daniela, czy wyjdą do ludzi później. Maybe outside… Hm, mało przekonujące… No ale może…

Tu następuje akcja właściwa, zobacz relację z koncertu.

Wypadałoby się zacząć żegnać z klubem… Postałem jeszcze chwilę, i… znowu słyszę polski język. Jakaś para stacjonowała w hostelu Fléda. Chwilę pogadaliśmy, pytali co się w ogóle działo, skąd jestem i czemu mi się zachciało aż takiej wycieczki.

Komu w drogę temu trampki. Prawie 7 godzin do pociągu, coś trzeba znowu ze sobą zrobić, poszedłem więc powłóczyć się po bocznych uliczkach starówki. Zbyt długo to nie trwało, bo już koło 1:30 byłem obok dworca. Z przystanku regularnie odjeżdżały stada nocnych. Zagadała mnie jakaś kobitka, nie jestem pewien o co chodziło ogólnie, ale oferowanie mi… usług, w centrum sporego miasta, wydało mi się dziwne. Potem Niemiec, który zostawił bagaże na dworcu, ekspres nach Berlin miał o 3, a nadział się tak jak i ja na zamknięte dveřmi drzwi. Polce! Help me! – krzyczy i kopie drzwi. Miał farta, że ten radiowóz stojący zaraz obok był pusty.

Co raz widziałem grupki mniej i bardziej metalowych ludzi. Oni wszyscy z koncertu? Koincydencja? Czy po prostu dużo tu takich? Sporo ich zniknęło w rychliku do Pragi, inni też się gdzieś rozjeżdżali. W końcu dwie pary solidnych panczurów, białe glany, jeden zielony irokez, drugi czarny, dziewczyna ze spodniami w kratę, ogólnie kolorowo.

Dotrwałem jakoś do tej 7, przysypiając tu i ówdzie. Duży system przejść pod ziemnych łączących České dráhy, podchod, tramvajové i autobusové zastáwky, tam było najcieplej, nie licząc poczekalni nocnej, ale nie zaglądałem do niej. Jest, w końcu jest mój rychlik… Jeszcze sekunda, jeszcze momencik… Kochane ciepełko, fuck yea!. Tak jak wcześniej, przespana całe Czechy, raz konduktor budził na kontrolę jízdenek, drugi raz, że koniec trasy, wysiadka. Z tą różnicą, że coraz mocniej dawało o sobie znać nadwyrężone krzykiem gardło, a kark – machaniem, no bo jakże by inaczej. Cała reszta dość podobnie. Bohumin, krótka przesiadka, kibelek relacji do Opola Głównego. Garaże, lasek, most… Polsko, wróciiiłeeem!

Przesiadka w Kędzierzyniu Koźle z czasem 19 minut. Pociąg Regio spółki Przewozy Regionalne skądeśtam do Gliwic przybędzie z opóźnieniem około 10 minut. A następna przesiadka to minut 9, alternatywy kiepskie. Szit szit… Przyjechał wreszcie. Poszedłem do kierownik pociągu, ktoś z nim przez chwilę rozmawiał, ten zadzwonił i oznajmił, że mój (i nie tylko mój) kolejny pociąg „będzie skomunikowany”. Łał, chciałoby się rzec. W Gliwicach bieg na peron, przesiadka do kolejnego kibelka. Usiadłem, rozejrzałem się, przede mną jakaś dziewczyna w słuchawkach, po lewej jakaś… jakiś… hm, jakieś emo. Długo to nie trwało, jesteśmy w Kato. Blblbl Interregio podstawi się na tor przy peronie trzecim. Tu ciekawa sprawa. Na peronie w słynnej Włoszczowej miliart ludzi. Najpierw obok faceta siedzącego naprzeciwko mnie usiadła jakaś blondynka, powiedziała że tak długo jak stąd jeździ, zawsze tu było pusto i nie wie co się dzieje. Po chwili się wyjaśniło, że to studenci po wycieczce integracyjnej. Najpierw nieszczególnie to wyglądało, żeby się wszyscy zmieścili, ale jakoś tam się uklepali, ułożyli jeden… erm, jedna na drugim, parę osób siedziało na podłodze, każdy się zmieścił. Śpiąc i budząc się zdrętwiałym na zmianę, podróż jakoś minęła, Warszawa Zachodnia.

Jeszcze tylko solarisek i jestem w aka…

Zostaw komentarz

Linie i akapity są dzielone automatycznie, adres e-mail nie będzie wyświetlany, dostępne tagi HTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong> .