Daty w Polsce na trasie znowu brak, ale tym razem nie przepuszczę… Niemcy? Może Malmö? Padło na, potwierdzone później, Brno.
Integralną częścią koncertów jest oczywiście organizacja. Wszystko było fajnie (a widziałem względnie sporo), do momentu otwarcia bram o 18:30. Bo szatnia zaczęła działać dobre 20 minut później, w międzyczasie oczywiście ogonek do niej zapchał cały bar. Cóż, mimo to, i fakt, że sporo ludzi zdążyło wejść do sali, udało mi się bez problemu dostać do pierwszego rzędu. I tu niespodzianka, brak fosy. Kiepska informacja dla karku (bo dużo patrzenia w górę), cała reszta z tym związana – świetnie.
Tu znowu wracamy do dobrej organizacji, nie trwało to długo. Linki z tytułami kawałków prowadzą do nagrań live z tego koncertu, jeśli udało mi się takie znaleźć. Na dobry początek „local support”, choć sprawiali wrażenie „czegoś więcej”: Belligerence. Jazda!
Belligerence
Mimo, że to local support, nie sprawiał takiego wrażenia ani trochę. Mało gadania, dużo grania, dla mnie to dobrze, bo czeskiego nie rozumiałem ani trochę. Ale growl pani wokalistki, cudo. Jeszcze lepszy garowy, mało prostej młócki, sporo kombinowania, momentami całkiem progresywne wstawki, gdzie indziej zwykłe i triolowe stopy na zmianę. Mniami.
Dało radę rozgrzać kark, ale jak tak patrzyłem po ludziach – faktycznie, stoją. Ale ok, po pierwsze to dopiero początek, po drugie, ich strata.
Krótko ale porządnie, nic dziwnego, że rozbijają się już po brytyjskich festach. Polecam zajrzeć na ich majspejsa i posłuchać.
Ale samo mięsko dopiero przede mną.
Insomnium
Tyle miesięcy czekania i… Tak, to rzeczywiście oni! „Mroczne intro”, na klawiszach… Czyżby…? A nie, są… Znajome dźwięki cleana, szybsze bicie serca… To już, to teraz! „Equivalence”! W międzyczasie obok mnie pojawił się wreszcie jakiś ruszający się, świetnie. Z klaskaniem to nam trochę nie wyszło, ale trudno. Jeszcze sekunda, narastające napięcie, przejście na werblu… Jazda!Deliverance found in pain…
, kolejne przejście, szesnastki… Treasure all the colours…
Ostatnie nutki, Brno! C’mon!
Nieodłączne „Down with the Sun” i ten headbanging, tak!
Tylko ruch sceniczny Amona może z tym konkurować… Nie gadamy, gramy, „Where the Last Wave Broke„. Już czuję zdarte gardło, a to dopiero 3 kawałki. Skok w inny album, „The Killjoy” z tą piękną stopą na końcu… Szkoda, że się nie załapała do nagrania. Tu mały bonus w postaci „Weather the Storm„, ale czemu bez Mikaela, który to udziela się w tym kawałku? Mogło być tak fajnie… Wracamy do Across the Dark, czyli „The Harrowing Years”, a dalej… Łzy prawie stanęły mi w oczach, toć to „The Gale”! Te ich intra, to się nie da opisać…
W międzyczasie spoglądam na publikę. Zaczęła się nieco ruszać, ale poza tym wywijającym zaraz przed Niilo sprowadza się to w większości do machania różkami… Jak można stać przy takiej muzyce, wytłumaczcie mnie. Trudno, wracam do bangowania. Bo teraz „Mortal share”, do kompletu z „Wichurą”. I „Devoid of Caring”. A na koniec cóż innego, jak „Weighed Down with Sorrow„… Poniżej w o wiele lepszej jakości, za to desynchro audio/video, wielka szkoda:
Prawdziwa uczta jeśli chodzi o machanie głową i melodyjny death. Cudo, absolutnie cudo, od pierwszego do ostatniego dźwięku. Wiele osób krzyczy „epic”, „epickie” w znaczeniu „świetne”, „dobre”, „super”. Dla mnie to jest epic metal. W znaczeniu dosłownie „epicki”. Kropka. Albo jednym słowem, Awesomnium.
Setlista
Dark Tranquillity
Szwedzi kazali na siebie poczekać nieco dłużej, techniczni posprawdzali sprzęt, znak latarką… I zaczęli z takim przytupem, że wyrwało nas z butów. Ot tak, na ledwo rozgrzany tłum rzucić „At the Point of Ignition„… Intro, przed samą zwrotką wbiega Stanne…
(zdaję sobię sprawę, że słychać tu niewiele) Już na samym początku wokalista rozpędził siebie i publikę, energia po prostu kipiała. Aha, nie muszę przypominać, że rzucałem się zaraz pod środkowym odsłuchem? A potem wcale nie zwalniali. „The Fatalist„. I gdzieś w tym, może w następnym kawałku ww. odsłuch o sobie przypomniał, razem z butem pana Stanne, gdyż zostałem nieco nadepnięty po palcach. :D Porozumiewawcze „wszystko ok, ciśnij dalej”. To się nazywa multimedialny kontakt z publiką.
Przerwa od ostatniego albumu, „Damage Done”. Ze świetną oprawą graficzną.
„Lost to Apathy”. A potem największa niespodzianka w setliście, „Monochromatic Stains„! Po czym spory skok, bo aż do „The Gallery” z tytułowym utworem… Oczywiście szans na wizytę np. Nelly nie było, ale to nic. Bajka. Cuda. Konkretniej to „The Wonders at Your Feet„. Choć przed solówką chyba zapomniał zaśpiewać paru słów. ;) To Niklas zrobił porządną robotę oburęcznym tappingiem (ok. 2:02). Wracamy do We Are the Void, z „Iridium”. Czysta moc. I po nim singlowe i mroczne „Shadow in Our Blood„, na którym, po solówce, można było tylko zazdrościć pannie, która trafiła na scenę. „Focus Shift„, „Icipher”, potężne uderzenie z Fiction…
A gdzieś pomiędzy nimi najbardziej magiczna dla mnie chwila. Wyciągnąłem w końcu flagę, człowiek od machania na Insomnium pomógł nieco, Mikael akurat był obok… I wziął ją do góry, pokazał wszystkim (takiego krzyku publika jeszcze nie dała przez cały koncert), swojemu zespołowi, pocałował ją i oddał w moje ręce. Jak to nazwać? :)
Do zobaczenia również pod relacją Abyss.
„Dream Oblivion„. Nie wiem czy to koincydencja, czy szybka zmiana przy światłach, ale do flagi strobo i czerwone diody pasowały świetnie. :) „Misery’s Crown”, nie da się przy tym nie skakać… Kolejna niespodzianka, nie rozpoznałem od razu… „Haven”! Po czym „Punish My Heaven„…
Zeszli, ale nie na długo, przecież tak ludzi nie można zostawić. Klimatyczne światła, syreny, czyli zapowiedź „Final Resistance„, potężny kopniak.
To co chcielibyście teraz usłyszeć?
odkrzyknąłem bez namysłu Out of Gravity!
, ale niestety zaczęli już grać coś innego. ;-) „ThereIn”, to coś jakby na uspokojenie. Nie za dobrze daliśmy radę wyśpiewać refren, kiepsko. Chociaż i tak nie miałem już głosu. Nigdy nie miałem bardziej zjechanego koncertem gardła.
I w tym momencie niestety absolutny… „Terminus”. Where Death Is Most Alive. A co Mikael? Mikael skoczył w tłum zaraz za mną (około połowy nagrania). Trochę źle się ustawiłem jak go wypychali z powrotem na scenę, bo o jej brzeg (tyłem) prawie złamałem się w pół. ;) A tu całość…
Ciężko mi się znajduje słowa na to, co się działo na scenie i pod nią. Oglądając Where Death Is Most Alive DVD z nagraniem z Milanu czułem moc, Mikael robił co mógł i bawił się świetnie, a genialny montaż dopełniał reszty. To co się działo we Flédzie na wyciągnięcie ręki, a momentami nawet bliżej, jest nie do przekazania tutaj. Niedasię. Darcie się Mikaelowi niemal w mikrofon, kiedy on sam wisi kilka cm wyżej, kilka uścisków dłoni, zgranie się z „wizualizacją” jednego przejścia na garach (zrobiliśmy na raz dokładnie to samo, jego uśmiech chwilę potem bezcenny :D )
Zero mroku na siłę, teatrzyków czy czegokolwiek. Czysta energia, tak jak lubię. I o ile wioślarze grali względnie spokojnie (poza tymi momentami, kiedy dready Martina latały w kółko), drugi Martin, ten za klawiszami… jego nie widziałem nawet raz podczas występu… To Mikael to po prostu zwierze sceniczne, jest wszędzie na raz, z każdym stara się utrzymać kontakt, miejscami na odległość tylko mikrofonu. No i mało który z artystów decyduje się na stage diving. Efekt nieziemski. Na DT ludzie w końcu się obudzili, widać było, że chłopakom z zespołu się tu podoba. „Wiecie, teraz mi trochę wstyd, że gramy tu dopiero pierwszy koncert. Wrócimy na pewno”, nie mam co do tego wątpliwości. :)
Setlista
Skończyli koncert, dostała mi się kostka Daniela, ale wieczór trwał w najlepsze. Ekipa Insomnium stała razem, zdjęcia, podpisy… Zrobiłem sobie i ja (Terezka, pozdrawiam! :) ) Flaga zainteresowała parę spod samej naszej granicy (Tomaš i Dáša, również pozdrowienia!), przy czym Tomaš znał nasz język świetnie, w końcu mogłem tam z kimś swobodnie porozmawiać. A że miał aparat, to i zdjęć trochę mam (dzięki :) ). A w trakcie robienia jednego podbiega do mnie jakiś długowłosy blondyn… Whoa, toć to Mikael. :D Widać, że nie tylko na scenie czuje się dobrze, poza nią również nieźle bawi się z fanami. I nie tylko on, po jakimś czasie można było pogadać z każdym (prawie, patrz dalej). Magia, czysta magia. W którymś momencie sam poczułem się jak gwiazda rocka, bo o dziwo sporo współkoncertowiczów chciało mieć z ową flagą Polski zdjęcie. Błysk fleszy, te sprawy. ;-) Poza tym jak zwykle zwracałem uwagi na koszulki, DT, Insomnium i In Flames dominowało, ale przewinęła się też bluza Dimmu i t-shirt Behemota. Ostatnie słówko z Mikaelem o Damage Live i, że tak to ujmę, „sprawie polskiej” i wyszliśmy z klubu. Poczekałem jeszcze trochę na Martina. – Excuse me, are you from DT crew? – I’m the tour manager. – Whoa!
Powiedział, że Martin sporo wcześniej zmył się do busa i teraz już pewnie śpi. Bu.
Tak więc pogadalim z kim się dało, pozachwycalim się chwilą… Trzeba było powoli ruszać w drogę powrotną.
Jeśli o zdobycze chodzi… sesese:
Więcej zdjęć jutro tam gdzie zwykle, czyli na fejsiku.
I don’t believe. I won’t believe…







Wow. Wow. Wow. Przeczytałam chyba z trzy razy notkę. To musiał być koncert wszechczasów. Wcale się nie dziwię, że kazałeś grzecznie na notkę czekać niż klepeć to samo na gadu :) nie wiesz jak się cieszę, że bawiłeś się tak dobrze!
Der Artikel hat mir sehr gut gefallen, hielt einige neue Infos für mich bereit :-)