Archive for the ‘szkolnie’ Category

Koniec liceum

26.04.2008, 15:07

Tak, definitywny koniec szkolnej wędrówki. Rozpoczęta pamiętnego dnia 1 września 2005, kiedy to nieco kulejąc szedłem na rozpoczęcie roku do wymarzonego liceum. Kulejąc, bo kilka godzin wcześniej niefortunnie skoczyłem niemal skręcając sobie kostkę niemal 300 km od Lublina, bo na koncercie ukochanego KoRn‘a w Katowicach. O tym, że to to liceum wiedziałem już od prawie roku, tak jak teraz już od dawna wiem, że ta uczelnia to Politechnika Warszawska.

Mury szkoły Prawie trzy lata, które póki co mogę śmiało zaliczyć do tych najlepszych ever, i zaprawdę wiele racji maja ci, którzy mówią że liceum to najlepszy czas życia. Zobaczymy co będzie później, a mam nadzieję, że nie będzie gorzej, ale na tą chwilę tak jest. I opuszczam zarośnięte mury Staszica z, co by nie mówić, żalem że to już, że tak szybko… Mury, poza którymi są takie ciekawostki jak basen w wiecznej budowie, a w środku schody na tajemniczy strych (którego nie udało mi się odwiedzić) czy “pomieszczenia dla nielicznych” jak szkolny radiowęzeł czy serwerownia i kilka innych… Koniec biadolenia. Wszak Staszicakiem zostaje sie na całe życie.

Jako, że czasu się nijak nie cofnie, można tylko wspominać wiele pięknych chwil, a publicznie ich wspominać za wiele nie będę, ale jeżeli ktoś chce, może zajrzeć do Erwina, który klimat naszego liceum dość trafnie opisał. Strzelnica

Nie będę, bo wiele z nich nie nadaje się do publicznego zaprezentowania, i nie chodzi tylko o to, co teraz wielu osobom mogło przyjść na myśl. Napiszę nieco owijając w bawełnę: to liceum nie zmusza do nauki. Co więcej, nieuczenie się wcale nie skutkuje wyrzuceniem z niego ani nawet nieprzyjemnościami, wystarczy odrobina sprytu (sprytu, a nie cwaniactwa). Co często powtarzałem, daje jednak wiele dróg na rozwijanie się po swojemu, w luźnej atmosferze (momentami aż za bardzo ;) ), dla wielu bardzo przyjemnej. Gdyby ktoś potrzebował czegoś więcej na ten temat, nieopodal jest kontakt.

Jednak nie wiem, czy to tylko złudzenie i widzą to wszyscy absolwenci, czy też jest tak naprawdę, ale patrząc na młodsze roczniki odczuwam niepokój (że tak to ładnie ujmę) o przyszłość tej szkoły, o jej chyba dość specyficzny klimat, że upodobni się do innych, w których panuje ścisły podział na naukę (i zdania “jak to trzeba kuć”) i pseudoluzackość połączona z piciem. Nie potrafię tego ująć w słowa, ale myślę, że wielu moich “równorocznych” ze Staszica wie o co chodzi.

Dzień Edukacji Narodowej Jako cały rocznik mieliśmy wkład w obchody (fakt faktem troszkę naciąganego, ale jednak ;) ) 420-lecia szkoły, jak też w wiele innych akademii. Z mojej strony: udział w dwóch minikoncertach (o ile można to nazwać tak zaszczytnym imieniem), jeden z okazji Dnia Edukacji Narodowej, drugi charytatywny. I albo to przygotowania do matury, albo rzeczywiście ostatnio jakoś mniej się działo… Mam nadzieję, że nie i że nadal będą szli tutaj ludzie z inicjatywą, a nie chorymi ambicjami.

Zmieniają się uczniowie, znowu przyjdzie fala “gimbusów” i już niedługo nieśmiertelne pytania “czy 54523 punktów wystarczy”. Nie zmieniają się jednak nauczyciele, wśród których było tylko kilku, których nie będę chciał odwiedzić będąc w Lublinie. Rozczuliłem się…

Wycieczka Wcześniej chciałem napisać trochę o tych trzech latach, teraz nie wiem co mogę tu opisać a co nie. Większość zachowam dla siebie i na opowieści przy… stoliku. Pokrótce: co jest warte wspomnienia, to wycieczki, szczególnie ostatnia, która - tak mi się wydaje - nieźle spoiła klasę, ale klasę, która już pierwszego dnia po rozpoczęciu swojego pobytu w Stasiu zorganizowała się na kłódkę, co uważam za całkiem dobry symbol. ;) Studniówka, dla wielu udana, dla mnie może nie do końca, ale to chyba z powodu choroby. Wspomniałem o luźnym klimacie… Boisko Na pewno na nasze rozbestwienie się wpłynął wychowawca, którego byliśmy pierwszą klasą, a on sam jest dość młody. Różne osoby o nim różnie myślały, jednak, cytując, jeszcze zatęsknicie za tym wychowawcą - i tak na pewno będzie. Wychowawca ostro promujący zdrowy rozwój, wiele było okazji do pokopania z nim piłki na szkolnym boisku. Matematyk, który dla nas poświęcał ranki i przez całą trzecią klasę zjawiał się o 7 w szkole, fizyk - “ten który stoi ponad WSO” :D i wielu innych…

Chyba czas kończyć ten przydługi wywód (o ile w ogóle ktoś dotarł aż dotąd). Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że te 3 lata chciałbym móc przeżyć jeszcze raz, może lepiej je wykorzystać, nie zrobić tych wszystkich błędów, kilka rzeczy zrobić lepiej. Cóż, trzeba korzystać z tego co się ma, edukację szkolną uważam za zakończoną, a wykształcenie średnie za zdobyte, amen. Ku studiom…

“Who-cares generation”

30.03.2008, 14:24

Uprzedzam, zrobi się nieco szkolnie, co u niektórych może wywołać nieprzyjemne uczucia, za które nie ponoszę odpowiedzialności.

Na tą chwilę do matury zostało dokładnie 35 dni i kilkanaście godzin. Kilka już słyszałem głosów typu “ohnieohniejużtakmałoczasuzostało”, to zrozumiałe. “Systematyczna nauka blablabla” czyli poradniki swoje, praktyka swoje, w końcu komu by się chciało, jest miliard ciekawszych zajęć w liceum toteż odłożona (czyt. skumulowana) dana ilość materiału w którymś momencie maturalnej klasy staje się przerażająco ogromna (no dobrze, wyluzuj już) spora do ogarnięcia i naumienia się (“naumieć” się jest w słowniku Firefoksa, śmiesznie). Zrozumiałe w pełni.

Inna sprawa to to odliczanie. 115, 100, 60, 38, 1500100900. Ktoś pewien, czyt. ubiegłoroczny maturzysta (to Benek chyba był) napisał, że on by tak nie mógł, tj. ze świadomością ile to dokładnie zostało.

Nad czym tak ja tu dywaguję? Nad nerwami dotyczącymi nadchodzącą sesją maturalną (z sesją “studjową” nie mającą podobno wiele wspólnego, jeżeli o poziom trudności chodzi, sprzeczać się tu nie mam zamiaru bo zapewne tak jest). A właściwie nad tym, że kompletnie ich nie odczuwam. Chyba ze dwa razy poczułem coś w rodzaju “trzeba oddać tą bibliografię wcześniej, niezdążeniezdąże” (bo miało się zrobić przez święta i się nie zrobiło), poza tym nic. Mógłbym następny miesiąc przesiedzieć nic nie robiąc, tudzież robiąc wszystko, aby się tylko nie uczyć. Niedobrze…

Cytat z tytułu zgapiłem bezpośrednio z opisu niejakiego Marka Denisa (podaruję sobie - i jemu - linkowanie, jeżeli będzie chciał to sam się ozwie w komentarzu). Ile w nim racji? No, “generation” to na pewno nie, ale “who-cares” to nas jakiś tam niepusty zbiór jest. Tyle, że na bank tak było zawsze.